piątek, 16 marca 2018

Akceptacja

Tegoroczny Rajd Dolnego Sanu, który wystartuje za kilka godzin w Pruchniku będzie prawdopodobnie najtrudniejszą setką na orientację w tym roku. Trudny, górski teren, podobno niełatwe przeloty, makabryczna pogoda. Na starcie ma padać deszcz, a potem temperatura zacznie spadać aż w okolice -10C, do tego silny wiatr. Takie zombiaczki będą napierać, a ich przemoczone ubrania będą się robić takie jakoś mało elastyczne. Dodatkowo jedna pętla, brak przepaków i dostępu do zapasowych ubrań. Startować miałem, ale tydzień temu dopadła mnie grypa. Cztery dni gorączki i łamania w kościach pozbawiły mnie jakiejkolwiek możliwości startu. Przez jakiś czas łudziłem się, że może jednak się wykaraskam i zregeneruję ale nie było szans. Kilka lat temu wściekałbym się i rwał włosy z głowy. Teraz przyjąłem to spokojnie. Było mi trochę smutno przez chwilę, ale co ja mogę zrobić z rzeczą, na którą nie mam wpływu. Nauczyłem się akceptować takie rzeczy. Nie tu i teraz to kiedy indziej i gdzie indziej. A w tej chwili siedząc w ciepłym domu, słuchając Petera Gabriela, pijąc ciepłą kawę, słysząc jak za oknem wyje wiatr, patrząc jak w okno wali zamarzający śnieg z deszczem, tak myślę sobie, że wcale się źle nie ułożyło. Może właśnie tak miało być od początku... Plus dodatkowo napisałem coś pierwszy raz od pół roku...

sobota, 23 września 2017

Edukacja


Pierwsza w tym roku wywiadówka i od razu bardziej kocham szkołę. Klasa IV. Można by dużo pisać ale sama wisienka. System oceny zachowania. Uczeń na starcie ma 200 punktów. Na przykład żeby uzyskać wzorowe musi na koniec roku mieć ich minimum 240. Za różne swoje działania punkty może zdobyć lub stracić. Głównie wymieniane są zachowania za które punkty może stracić. Za to zyskać może na przykład za: przyniesienie do klasy ręczników, papieru toaletowego, papieru do drukarki (cytat "jakby ktoś z rodziców mógł przynieść z pracy" - oficjalna sugestia, że jak zakoszę ryzę papieru z pracy to moje dziecko dostanie plusa z zachowania - idealny wzorzec - szkoła bawi i uczy). Co to ma promować? Kupowanie punktów z zachowania? To po co w takim razie w ogóle cała ta hipokryzja, nie lepiej ustalić oficjalny cennik? Np. za każde 10zł ofiarowane na potrzeby szkoły +1punkt. I wtedy wiem, że jak moja córka pobije koleżankę to stówkę trzeba wyciągnąć z kieszeni żeby odrobić stratę. Jedyne z czym mi się to kojarzy to sprzedaż odpustów. Każdy ma swoją Wittenbergę?  

O i jeszcze fajniej jakby można było handlować punktami miedzy uczniami np. mam już uzbierane 260 to 20 sprzedam koledze za naklejki z Biedronki. 

W ogóle co to za system z tymi punktami? Minister się Harrego Pottera naoglądał? "20 punktów dla Gryffindoru"... 

piątek, 15 września 2017

Mordulec


Jak chce się zrobić trudną imprezę to i dojazd musi być trudny. Chochołów jest idealny. Zakopianka ma swoją markę. Najpierw trochę korków, potem roboty drogowe, dłuży się i dłuży...
Mam dwie pary względnie sprawnych butów do biegania. Od jednych boli mnie kolano na zbiegach, drugie obgryzają mi pięty na podbiegach. Które wybrać? Najlepiej byłoby je skrzyżować i stworzyć idealną hybrydę.  Albo wezmę po jednym z każdej pary. Wtedy będzie mnie boleć i na podbiegach, i na zbiegach.
Tatry w zasięgu wzroku, prognoza pogody dobra to musi być pięknie. Było.


W książkach i legendach bohater spotyka na swojej drodze różne postacie a to trzy wiedźmy, a to parobka, a to smoka. Ja spotkałem na trasie trzy lekko zagubione postacie:
Postać pierwsza - osoba medialna, "Trzyliterowa" żona znanego blogera. Dogania mnie na zbiegu kawałek za drugim punktem. Chce się podpiąć bo zgubiło się jej towarzystwo. Pecha ma jednak kobieta wielkiego, bo chwilę potem popełniam chyba jedyny ewidentny błąd nawigacyjny na trasie w wyniku czego naprawiając go do PK11 ładuję się na azymut przez świerkowy młodnik, a potem korytem mocno zarośniętego strumienia, przy okazji płosząc kilka niezidentyfikowanych zwierząt znacznej masy. Niestety "Trzyliterowa" zaczyna mocno odstawać na podejściach. Takie tempo nie daje szans na zrobienie całości w limicie. W efekcie robimy jeszcze  jeden punkt wspólnie i trochę mi głupio ale ją porzucam. Współczesny dżentelmen... Jeszcze bardziej głupio robi mi się jak godzinę po limicie "Trzyliterowej" na mecie nie ma a jej mąż nie może się do niej dodzwonić.
Postać druga -  wypadam na polanę z  przeciwka ktoś idzie. O to znana postać, guru nawigacji, mistrz, wielbiciel nieoczywistych wariantów, tłuszczofob. Podchodzi i pyta mnie czy mogę mu powiedzieć gdzie jest i która to polana na mapie. No tego to bym się nigdy nie spodziewał. Zwłaszcza w początkach mojej kariery orientacyjnej widok tego Pana zwłaszcza w przypadku zagubienia gwarantował pewne wyjście z kłopotów, wystarczyło się podpiąć i na punkt się trafiało. A tu taka niespodzianka: profesor pyta przedszkolaka? Generał pyta kaprala?  coraz więcej błędów w Matrixie.
Postać trzecia -  cztery punkty do końca, droga ładnym grzbietem. Z boku ktoś dobiega. Poznaję żółtą koszulkę - to znany bloger :"Trzyliterowy" mąż "Trzyliterowej". Pyta czy mogę mu powiedzieć gdzie jesteśmy. Następny? Co ja dziś za informację turystyczną robię? No w sumie u niego to mniej niespodziewane, bo środowisko zna jego liczne perypetie sensacyjno-nawigacyjne. Tyle, że to już dziesiąta godzina rajdu, on to już dawno powinien być na mecie. Punkt jest bardzo blisko więc robimy go razem a potem się rozbiegamy bo ja mam do mety jeszcze jeden punkt więcej. Do mety dołożył mi godzinę.


Na początku w słowackiej części trasy przekombinowałem. Zamieniłem oczywistą kolejność punktów, żeby zaoszczędzić na przewyższeniu. W efekcie dołożyłem ze 3 kilometry, stokówka mająca iść po poziomicy gdzieś się zapodziała i przedzierałem się na azymut przez las a przewyższenie i tak mi wyszło takie samo.

No trzy punkty blisko siebie na Gubałówce. To będzie łatwizna. Te poziomice jakoś gęsto ale to chyba się źle wydrukowało, tam nie może być aż tak stromo. To będzie ze 3x10 minut i są moje. A jakoś tak wyszło w końcu 3x30 minut. Przyznam szczerze, że takie strome i głębokie jary to chyba wcześniej tylko ze dwa razy w życiu robiłem. Raz nie powiem gdzie bo to rezerwat był, a drugi raz pod Elblągiem kiedyś taki jeden się napatoczył i nie bardzo chciał dać się przekroczyć.
Komplet punktów, 63km w poziomie i 2km. w pionie - liczby dalekie od tych optymalnych podanych przez budowniczego. Jak pisałem wyżej przekombinowałem kolejność punktów na Słowacji, ale poza tym nawigacyjnie było ok. Widoki piękne, trasa trudna fizycznie i nawigacyjnie, tylko żeby ta łydki jedna z drugą więcej koni mięśniowych miały.
Immortal po raz trzeci. Za rok na rowerową?

poniedziałek, 4 września 2017

Piachulec


"Start" - i nikt nie jedzie, wszyscy pochyleni nad mapami. Po tym można poznać dobrze ułożony scorelauf. Nie taki pseudo gdzie do wyboru jest tylko kółko w  prawo albo kółko w lewo. Taki, że mając na koncie już cztery zaliczone punkty dalej rozważam różne warianty i nie wiem który będzie najlepszy.

Punktów było 32. W sumie nie wiem czy nie więcej niż uczestników. Takie kameralne imprezy mają wyjątkowy klimat a i miejsce w pierwszej setce gwarantowane.  
Pośpiech jest moim wrogiem - im więcej mam siły tym gorzej nawiguję. Najwięcej błędów zawsze popełniam na początku, zanim oswoję się z mapą, a nogi i głowa chcą gonić. Tak było i tutaj. Im bardziej byłem zmęczony tym lepiej nawigowałem.
Początek trochę mnie podłamał. Zakładałem, że aby zrobić całość wypadało trzaskać 3 punkty na godzinę a w końcówce przyspieszyć. Pierwsze trzy zajęły mi 90 minut. Dojazd do pierwszego, przecinka wzdłuż jeziora, najpierw powalone drzewa, potem paprocie, krzaczory i noszenie roweru. Dojazd do drugiego, ładnie zapowiadająca się droga kończy się placem po wycince i dalej paprocie, pokrzywy i noszenie roweru. W dodatku sam punkt na skraju torfowiska trochę nie chciał "wejść" - jak to ktoś ładnie powiedział "były tam torfowiska stowarzyszone". Dojazd do trzeciego punktu- wjeżdżam na grzbiet licząc na przyjemny i szybki zjazd po drugiej stronie. Po chwili droga kończy się polem, pole kończy się a jakże pokrzywami po pas. Sam punkt (PK 14 zbocze parowu) też sprawia mi problemy. Zaczynam "czesać" jakieś 20 metrów od punktu, ale mijam go z drugiej strony drzewa i nie zauważam. A że parowów jest dość rozległy i zboczy kilka tam jest, to trochę sobie zwiedzam wracając w końcu do punktu wyjścia gdzie podbijam kartę. I tu w zasadzie moje jedyne zastrzeżenie do budowniczego trasy, ten punkt powinien mieć rozświetlenie. Wszystkie inne rozświetlenia na mapie (z których w zasadzie nie korzystałem) zamieniłbym na rozświetlenie tego jednego. Choć pewnie i tak bym je przeoczył.   

No to jak tak licho mi szło to stwierdziłem, że całości w życiu nie zrobię, więc nie ma się już co spinać, na razie jadę po kolei a potem będę opuszczać. Na szczęście jak już pisałem, w międzyczasie trochę się zmęczyłem, co wpłynęło na poprawę jakości nawigacji i wybór mniej agresywnych wariantów co uratowało sytuację.
Patrzę na opis punktu: "skrzyżowanie debrz". Co to jest "debrze"? Myślę sobie: "zobaczy się na miejscu". Jestem na rogu lasu, punktu nie widać. Odpalam w końcu google, wikipedia przychodzi z pomocą: https://pl.wikipedia.org/wiki/Debrza Aaa znaczy się skrzyżowanie jarów po mojemu. Piachulec bawi i uczy.  Jakbym nie przeoczył rozświetlenia tego punktu to pewnie bym się i bez google domyślił ale nie nauczył. 
Punkt na skrzyżowaniu cieków, obchodzę go trochę od tyłu, bo pokrzywy i jeżyny wydają mi się tam mniejsze. Po drodze w krzakach znajduję obdartą ze skóry głowę świni i trochę kości. Sezon grillowy w pełni?
Zostało mi dokładnie dwie godziny i 7 blisko siebie położonych punktów. Czyli 8 przelotów do mety. Po 15 minut na przelot. Może się udać ale nie musi bo Piachulcowe punkty budzą już mój respekt. Tu się zatrzymam. To nie są punkty widoczne z drogi, na zasadzie cisnę pełną parą, widzę punkt z daleka i go podbijam. Punkty są ukryte kilkanaście lub kilkadziesiąt metrów od drogi. Na początku mnie to wkurzało, ale potem spodobało. Jak dokładnie wiesz gdzie jesteś to zostawiasz rower przy drodze, idziesz w krzaki i wracasz z punktem. Jak nie wiesz dokładnie gdzie jesteś, minimalna szansa, że przypadkiem trafisz na punkt. Piękna sprawa. Ale wracając do finalnej bitwy, czasu niby dość ale jedno lub dwa dłuższe szukanie punktu i po zabawie. Pierwsze trzy przeloty- zarabiam 10 minut. Niestety na kolejny punkt minimalnie źle się odmierzam i ogrodzenia szukam jakieś 50 metrów za daleko. Zanim się połapałem i na nowo odmierzyłem 15 minut poszło w piach. Znowu jestem na styk. Na szczęście ostatnie 4 przeloty poszły sprawnie i 10 minut przed limitem jestem na mecie. Choć stresik i niepewność były do ostatniego punktu.

Podsumowując: ciekawa nawigacja, dużo punktów, wszystkie ustawione idealnie jak zaznaczone na mapie. Przyznaję mój osobisty znak najwyższej jakości, który nic nie znaczy. Tylko żeby, jak już baza jest w hotelu SPA, to żeby choć jeden pobyt weekendowy jako nagrodę losowali... Ilość uczestników podobno podwaja się co roku więc za dwa lata nie będzie już tak łatwo zmieścić się w pierwszej setce.
Kilka cyferek na koniec: z licznika 116,5km i 1357m przewyższenia. Kolejność dziobania: 13, 22,14, 2, 6, 15,27, 24, 16, 25, 32, 8, 23, 5, 3, 17, 28, 11, 26, 10, 31, 20, 21, 7, 29, 12, 4, 9, 18, 30, 1, 9.



poniedziałek, 14 sierpnia 2017

Kilometry


Od kilkunastu lat kolekcjonuję kilometry. Zapisywać, pomnażać, zbierać, mieć więcej i więcej. Każdy kto wciągnie się w regularny trening sportów związanych z pokonywaniem dystansu, nawet na kompletnie amatorskim poziomie jak ja, jest zagrożony popadnięciem w ten nałóg. Zaczynałem prowadzić zapiski offline w dzienniku treningowym Konrada Różyckiego. Chyba była to wersja 3.x, jak na tamte czasy to był super program. Potem przyszedł czas na różne wynalazki online. W zasadzie gdyby to pozbierać mógłbym odtworzyć wszystkie moje treningi z ostatnich 15 lat. Liczyć, pomnażać, dodawać: suma w tygodniu, miesiącu, roku. Gromadzić skarby. Trzeba sobie jednak zdać sprawę jak łatwo popaść tu w pułapkę. Kilometry nie są najważniejsze. O ile z bieganiem nigdy nie maiłem problemu - zawsze to był teren. Nienawidzę asfaltu i mimo możliwości dużo szybszego i dalszego biegania nigdy się nie skusiłem. Wolę te trudniejsze kilometry. O tyle z rowerem to już inna sprawa. Dla przykładu weźmy dwa moje treningi z ubiegłego tygodnia:
1. 19,31km., czas 1:25:15, tempo 13,6km/h.
2. 44,48km, czas 1:40:54, tempo 26,4km/h. 
Który był lepszy? Na usta od razu ciśnie się, że ten drugi. Tyle tylko, że wcale nie. Tak naprawdę ten pierwszy był dużo bardziej wartościowy. Jak dorzucimy, że pierwszy miał 600m przewyższenia i w około 70% był w terenie i to trudnym technicznie, a ten drugi tylko 315m przewyższenia i był w całości po asfalcie to trochę to zmienia punkt widzenia. Ten pierwszy dał mi naprawdę popalić i pozwolił poza kondycją popracować też nad techniką. Tyle, że patrząc na dzienniczek pozostawia mimo wszystko niedosyt. Ledwo 19km? Kurcze zawalił mi cały tydzień... To już lepiej jak przy tym drugim zrobić lekką, przyjemną przejażdżkę o poranku w niedzielę. I dlatego na rowerze, zawsze muszę walczyć z chęcią ucieczki na asfalt. Niestety często przegrywam.  
Ostatnio już tego nie mam, ale kiedyś miałem też tak, że jak dojeżdżałem do domu i na liczniku było np. 49,3 km. to nie było opcji, trzeba było się przejechać tam i z powrotem ulicą, żeby do 50 dobić. Mimo, że te 700 metrów kompletnie nic nie wnosiło, ale byle była piątka z przodu. Eh uzależniony...

niedziela, 30 lipca 2017

Przemijanie



Są miejsca, w których przemijanie odczuwamy bardziej niż gdziekolwiek indziej. Dla mnie jednym z nich jest gospodarstwo moich dziadków. Położone zaledwie kilometr od domu moich rodziców, wiąże się dla mnie z mnóstwem radosnych wspomnień z dzieciństwa. Z jazdą na rowerze, z chodzeniem na grzyby, ze zrywaniem owoców, z pracą przy żniwach, z kopaniem ziemniaków, z karmieniem zwierząt, z ubieraniem choinki. Dziadek nie żyje od 20 lat, babcia od 15. Obecnie gospodarstwo niszczeje. Zaglądam tam dwa, trzy razy w roku i zawsze wracam przygnębiony i przepełniony smutkiem. W tym tygodniu, spaliła się tam stodoła. Prawdopodobnie, ktoś jej pomógł... 


Tak wyglądają obrazki z przemijania...
Dom. Po prawej w krzakach drzwi wejściowe. Regularnie z raz do roku wywarzane, bo ktoś chce znaleźć w środku skarby...


 Podwórko. Zdecydowanie już nie do zabawy.


Tu była brama wjazdowa:


Tylko wielka, dzika grusza wygląda w zasadzie identycznie jak 30 lat temu. No może lekko się przechyliła...