wtorek, 11 kwietnia 2017

Nie ma haka

Rok ponad minął od ostatniego wpisu. Trzeba coś napisać. Zawsze lubiłem pisać, a raz do roku to można sobie pozwolić na zrobienie tego co się lubi.
Rok 2017 muszę przyznać, że pod względem sportowym zaczął się wybitnie. Na pierwsze sześć zawodów, w których uczestnictwo rozważałem nie pojechałem. Jedna choroba, druga choroba, brak formy po chorobie, choroba dzieci, za daleko, za brzydko, za drogo. W efekcie kompletnie straciłem napęd. Nie mam już za bardzo ochoty na wychodzenie ze strefy komfortu. W końcu jednak gdzieś pojechałem/coś zrobiłem. Wiosenne 360 trasa rowerowa 50km. Dużo PK, szybka trasa, piękna prawie letnia pogoda. Miało być fajnie. Po godzinie miałem zrobione 14 punktów kontrolnych i 15km. Całkiem przyzwoicie. Potem miałem już tylko to:


Pobawiłem się jeszcze tylko w próby skrócenia łańcucha, co nie do końca się udało i w efekcie w spacer do bazy. Na obiad byłem w domu. W dodatku byłem pewny, że będę miał ostatnie miejsce i powód do przechwałek - to też się nie udało. 
Chyba trochę pecha mam. Bohaterowie książki Jamesa Clavella "Tai-pan", którą ostatnio czytałem i polecam powiedzieliby, że to "zły dżos". Dobry na pewno nie jest. Teraz czas zrezygnować z kolejnych 6-7 zawodów, a za rok znowu coś napisać. 
PS.
Haka nie było, ale już jest. Drugi zapasowy trafił do torby podsiodłowej.. Dodatkowo rozebrałem i wymieniłem w zasadzie cały napęd. I o dziwo po złożeniu nie zostało mi dużo śrubek a jeździ to. Test na poniższej, przydomowej "zębuszce" wypadł pozytywnie ale i tak zaraz coś się zepsuje. Taki dżos.

niedziela, 24 stycznia 2016

Nartłem

W końcu się człowiek doczekał. Napadało trochę tego białego syfu i można było i wczoraj, i dziś wyprowadzić biegówki na spacer do lasu. Da się pobiegać ale mogłoby być trochę więcej. Nie lubię tego dźwięku kamieni gładzących narty od spodu, nie lubię gdy narty w zjeździe nagle stają w miejscu "zacięte" na kamieniu a mój tyłek wchodzi w kontakt z podłożem. Wygląda na to, że w tym roku już się najeździłem i narty można chować z powrotem na strych - od jutra odwilż.

Moja starsza córka zaliczyła wczoraj pierwszą lekcję jazdy na desce. Niestety spodobało się jej. Jak się wciągnie to przechlapane.  Też się będę musiał nauczyć, bo jak to tak, będę ją zawoził na stok i czekał bezczynnie aż sobie pojeździ? Wczoraj czekając i patrząc jak się uczy zmarzłem okrutnie. Albo trzeba ją po prostu właściwie ukierunkować - oglądanie telewizji to też fajna pasja, 




niedziela, 17 stycznia 2016

Spacerłem


Spacerłem sobie wczoraj po Jurze. 23 km w niezachwycającej pogodzie. Nie spieszyłem się nigdzie, zdjęć trochę porobiłem. Tylko, że uroki przyrody psuła pogoda i te wszystkie szwędające się osoby z mapą w łapie i te biało czerwone kwadraty po lesie porozwieszane.
Ostatnio rzadko bywam na takich imprezach ale dwie obserwacje
- lawinowo rozmnożyła się ilość biegających psiarzy (naliczyłem co najmniej 5 czworonogów),
- zawodnicy się rozzuchwalili. Idę sobie lasem a tu z naprzeciwka wypada gość, głód mu z oczu patrzy i mówi do mnie: "poratujesz mnie jakimś jedzeniem? Zostawiłem w samochodzie całe jedzenie, pieniądze i telefon." O obawie żeby się na mnie nie rzucił dałem mu czekoladę i banana. Teraz myślę sobie, że to był błąd. Raz, że zakłóciłem rywalizację, bo dzięki tym kaloriom mógł wyprzedzić kilku zawodników na trasie, dwa, że wiadomo przecież: "wszystkie dobre uczynki zostaną ukarane... No i po co mi to było.
Na ostatnich kilometrach, pierwszy raz zdarzyło mi się, że z premedytacją zwalniałem marsz. Dopiero południe było, a mnie nie chciało się kończyć i siedzieć w bazie. Miałem ochotę jeszcze pobyć w lesie, Tym bardziej, że ten od czekolady i banana to ze mną przyjechał, spacerował na 50km, więc trzeba było na niego czekać.
Kilka przykładowych fotek:







Komplet spacerowych kiczów tutat: link. 

sobota, 2 stycznia 2016

Mam tę moc


Fantastyczne połączenie tematu muzyczny znanego mi do obrzydzenia (jedna z ulubionych bajek moich córek) z moim ulubionym uniwersum Gwiezdnych Wojen. Patrząc na fragmenty "Zemsty Sithów" w powyższym filmiku i mając jeszcze świeżo w pamięci seans "Przebudzania Mocy" dochodzę do wniosku, że "Zemsta Sithów" była jednak dziełem wybitnym (mimo, że po premierze średnio mi się podobała) - "Przebudzenie Mocy" to syf. Nawet większość gier komputerowych osadzonych w świecie Gwiezdnych Wojen miała lepszą fabułę. Przedstawić uzasadnienia bez wchodzenia w szczegóły fabuły nie dam rady, a nie chcę nikomu psuć rozczarowania...
Po miesięcznej bezczynności i to takiej dosłownej bezczynności, od tygodnia wróciłem do "trenowania". Stacjonarnie rower, lekkie bieganie (taki prawdziwy "slow jogging" albo marszobiegi po naszemu). Forma jest wybitna. Dla zobrazowania jak pierwszy raz siadłem na rower to przy trzecim stopniu obciążenia na trenażerze tętno poszybowało do 150 uderzeń na minutę. Dla porównania w październiku jeżdżąc na dziesiątym stopniu obciążenia utrzymywało się na poziomie 130-135 uderzeń. Zastanawiałem się czy w ogóle jest sens "trenować" skoro za 2 miesiące znowu mnie wyzerują. Po co budować coś co i tak za chwilę zostanie zburzone? Ano dla samej przyjemności budowania. Po tylu latach jestem uzależniony od wysiłku fizycznego. Sam fakt "treningu", niezależnie od tego na jak niskim poziomie daje mi pozytywnego kopa psychicznego i czyści mój umysł. Poza tym taka płonna nadzieja, że im lepsza będzie moja forma fizyczna za dwa miesiące w momencie burzenia tym większa szansa, że po burzeniu zostaną choć małe fragmenty fundamentów, na którym zacznę ponownie budować...
Namówiłem wczoraj małżonkę na noworoczną wycieczkę na Łysicę. Dzieci zostawiliśmy z dziadkami i pojechaliśmy. Przed południem ludzi było jeszcze niewiele wiec było całkiem przyjemnie. W dodatku zostałem miło zaskoczony. Zaproponowałem na szczycie, żebyśmy nie wracali szlakiem tylko zrobili autorski wariant zejścia direttissimą północnej "ściany". O dziwo żona zgodziła się. No i złazimy sobie przez te krzaki, a ja tylko czekam jak się zacznie: "gdzie ty mnie ciągniesz?", "czy tobie kompletnie odbiło?", "czy ty w ogóle wiesz gdzie idziemy?", "daleko jeszcze?!". Ostatecznie skończyło się na jednym "daleko jeszcze?" i końcowym komentarzu "szlakiem byłoby szybciej". No byłoby. Ale reasumując - przez krzaki idzie i nie marudzi, potrafi ocenić, który wariant jest szybszy - chyba czas wziąć ją na zawody na orientację...


poniedziałek, 21 grudnia 2015

Czekanie



Kiepsko znoszę czekanie. Na dziś miałem wstępnie zaplanowane zbieranie komórek macierzystych. Wszystko zależało czy w porannej próbce krwi będzie minimum 10 komórek na jednostkę. Denerwować zacząłem się wczoraj wieczorem. Wciągnąłem już chemię, wciągnąłem 10 dni zastrzyków z czynnikiem wzrostu. Uda się tym razem czy nie uda jak dwa tygodnie temu? Zwiastuny były kiepskie. Jedna ze szpitalnych legend mówi o tym, że żeby było dużo komórek po czynniku wzrostu muszą boleć kości. Im bardziej bolą tym więcej komórek jest wyrzucanych ze szpiku do obiegu. Kurza twarz nawciągałem się 10 dni tych zastrzyków i kości bolały mnie może z  pół dnia (nie wiem czy nie bardziej z bezczynności i gnicia na tym wyrze niż od czynnika). Dziwnie to zabrzmi ale od kilku dni chodzę i modlę się żeby mnie koście bardziej rozbolały. Koście nie stanęły na wysokości zadania więc sięgam po wsparcie psychologiczno-przesądowe. W niedzielę wieczorem z dysku komputera wybieram możliwie najbardziej "zwycięski film" - wybór pada na "Beyond the Edge" - film o pierwszym wejściu na Everest - powinien pozytywnie zmotywować mój organizm. Po kąpieli w czystych ciuchach szukam jakiejś pozytywnej koszulki. Jest taka z Harpagana w Lipnicy z 2011r. Zrobiłem tam moją życiówkę w orientarskiej setce, w dodatku jest w moim ulubionym czarnym kolorze - w niej jutro ruszę do boju (o ile bój będzie). Usiłuję wcześnie pójść spać. Ale za cholerę nie mogę usnąć, denerwuję się i przewracam się z boku na bok. W końcu koło północy usypiam. Budzę się średnio co pół godziny i patrzę na zegarek, chciałbym już wiedzieć czy mam we krwi te komórki czy nie. W końcu parę minut po piątej wpada ekipa pielęgniarska i pobiera mi krew. Dobra pobrali krew ale nic to nie zmienia, dalej muszę czekać. Wynik poznam dopiero za jakieś 4 godziny.  Usypiam jeszcze na trochę, ale po siódmej zaczynam uklepywać stopami korytarz na oddziale. Jak to u mnie czarne myśli - "przecież nie ma bata musi się coś spierdolić". Dwa "destylatory" już zajęte od ósmej przez dawców. Trzeci ostatni czeka wolny - chcę go!!! Koło dziewiątej jest wynik - 170 komórek na jednostkę. Ostatnio miałem 12 i zebrałem 0,8mln. komórek. Teraz mam 14 razy więcej a muszę zebrać brakujące 1,2mln. To się nie może nie udać. Napięcie znika. Wpada pani "Destylatorka" zabrać mnie na "destylator" witam ja słowami "Ale się cieszę, że Panią widzę. Od pierwszego dnia na oddziale marzę żeby Pani po mnie przyszła". W świetnym humorze idę się "destylować". Oczywiście jak to u mnie musi być mały zgrzyt bo do "destylacji" trzeba mieś dwie żyły, żeby założyć dwa wenflony - jednym wypływa krew, przepływa przez "destylator" i drugim wraca. A ja żyłę mam tylko jedną. Reszta pochowała się i wypaliła w wyniku całej tej leczniczej chemii którą wciągnąłem przez ostatnie dwa lata. Jeden wenflon udaje się założyć ale ma trochę słaby napływ, drugi kłóją dwa razy i lipa. Pada sugestia "może założymy panu cewnik w pachwinie?". No bez pierdół, kłój Pani te ręce do skutku niech nawet całe sine będą. W końcu w trzeciej próbie krew chlusta wenflonem i "destylator" odpala. Cztery godziny trzeba wysiedzieć, znowu czekanie, dłuży mi się okrutnie. Od czasu do czasu pada pytanie czy dobrze się czujemy: "proszę zgłaszać jakby było jakieś drętwienie, uderzenia gorąca, zawroty głowy itp". Jak od razu stawiam sprawę jasno: "Ja to i tak się nie przyznam nawet jakby się coś działo. Żebyście mnie odłączyli? Ja tu dzisiaj uzbierać komórki mam". Co powoduje, że do końca destylacji pani "Destylatorka" uśmiecha się pod nosem za każdym razem gdy pyta mnie czy wszystko w porządku. Po "destylacji" trzeba poczekać jeszcze z godzinę na wynik zbiórki. Ale już jestem spokojny, musi się udać. Ostateczny wynik ponad 10mln. zebranych komórek. Starczyłoby na pięć przeszczepów. Jutro do domu, dziś powinienem lepiej spać. Po komórki wrócę tu na początku marca.

czwartek, 17 grudnia 2015

Kryptonit

Szpital to taki mój kryptonit, wampir, czarna dziura energetyczna. Wysysa całą moją energię fizyczną i psychiczną. Żywi się nią ale nie wiem czy cokolwiek produkuje w zamian. Wchodzę i jeszcze zanim zdążę dotrzeć z rejestracji na oddział , zanim zaczną mnie leczyć od razu czuję się gorzej, opadam z sił. Zamknięta przestrzeń, bezczynność, podłe jedzenie, nieustanne rozmowy o chorobach, wiecznie przesuwające się terminy. A w teorii nie wygląda to źle: mnóstwo wolnego czasu, brak zobowiązań, czas żeby nadrobić zaległości w czytaniu, filmie, spaniu. Czas żeby odpocząć. W teorii...
Ale po prawdzie to film fajny wczoraj widziałem i polecam: "Foxcatcher". Kompletnie nie wiedziałem o czym jest i dobrze bo bardzo mnie zaskoczył, zwłaszcza zakończenie. I całe szczęście, że wcześniej nie szukałem o czym jest bo dziś widziałem, że na takiej stopklatce na przykład w jednym akapicie opisu zdradzona jest w zasadzie cała fabuła i zakończenie. Gdybym zaglądnął tam wcześniej, pewnie straciłbym połowę jak nie więcej przyjemności z oglądania. Podobny problem mam teraz z "Grą o tron". Zacząłem ostatnio z małżonką oglądać pierwszy sezon. Serial jest świetnie zrealizowany, ale ponieważ przeczytałem wcześniej wszystkie tomy jakie napisał Martin, oglądam serial i w każdej scenie wiem co się teraz zdarzy. Zabija to całą przyjemność odkrywania nieznanego, fabuła niczym mnie nie zaskakuje...

sobota, 12 grudnia 2015

The Ridge

Filmik taki dziś oglądnąłem...
Ładnie zrealizowany nie ma co. Jeszcze bardziej niż popisy rowerowe zaciekawiło mnie co to za sterta kamieni jest tak ładnie ułożona nad morzem bo może by tak na weekend kiedyś wyskoczyć...
Wyspa Skye w Szkocji, góry Cuillin. Polska Wikipedia mówi, że nie ma tam nic poza górami i gorzelnią whiskey (https://pl.wikipedia.org/wiki/Skye_(wyspa)), czyli w zupełności wystarczająco. Jak wejdziemy w anglojęzyczną wersję to można dowiedzieć się trochę więcej i nawet znajdzie się coś fajnego na weekend... Góry Cuillin nie są zbyt wysokie, żaden szczyt nie przekracza 1000 m. n.p.m.  ale trzeba wziąć pod uwagę, że wyrastają z poziomu morza i mają najbardziej "alpejski" charakter na wyspach. No i jest tam co zrobić akurat na weekend. Jest jakie wyzwanie polegające na trawersie całej grani Cuillin. Grańka na mapie wygląda tak  https://www.google.com/maps/d/viewer?mid=z3ImloYc7JHU.kIRGZWNt4CGs Na pierwszy rzut oka łatwizna, raptem 11 km, góry nie za wysokie, po co jechać taki kawał drogi na taką pierdołę... Ale jak przyjrzymy się dokładniej... Szacowany czas przejścia 15-20h. O i to już się robi podejrzane, średnie tempo 500 metrów na godzinę. Na tych 11 km. jest do zrobienia min. 3000m przewyższenia (widziałem gdzieś informację, że nawet 3800) i grań oferuje atrakcje na całej swej długości. Wchodząc w szczegóły dowiadujemy się, grań jest nie tylko wymagająca fizycznie ale i psychicznie (niemal cały czas wspinanie w dużej ekspozycji), w złej pogodzie mogą pojawić się problemy orientacyjne. No właśnie i bardzo zmienna piękna szkocka pogoda potrafiąca znacząco utrudnić zdanie. Jeśli raczej znani z powściągliwości Brytyjczycy piszą, że jak "jest mokro to przejście fragmentami zmienia się w horror" to coś musi być coś na rzeczy. Wspinaczkowo podobno trudności nie przekraczają nigdzie IV stopnia ale biorąc pod uwagę możliwe problemy orientacyjne to pewnie nietrudno zapchać się i w trudności o stopień wyższe. Z grubsza przydatne informacje i sporo zdjęć na Summitpost.
Wszystko ładnie tylko jednak na weekend to taniej nawet w Alpy, że o Taterkach nie wspomnę. O ile do Glasgow można dolecieć tanimi liniami za całkiem przyzwoite pieniądze, to z Glasgow na wyspę Skye jest jeszcze 300 km. Z buta trochę daleko. Z tego co znalazłem autobus w obie strony 71 funtów. A to wydatki na sam dojazd. Nie mniej jednak jak wygram w totolotka to pojadę. Nie żeby grań od razu robić, z plaży sobie popatrzę... jak akurat padać nie będzie.
fot. www.summitpost.org